run.., love, read ..and bake!
wtorek, 01 sierpnia 2017
"Witaminy w leczeniu alergii" Damien Downing, Andrew Saul - recenzja

Damien Downing jest z wykształcenia lekarzem medycyny klasycznej. Na początku lat 80. minionego wieku zrezygnował z pracy w "zwykłej" poradni i zaczął zajmować się także naturopatią oraz  terapiami niekonwencjonalnymi takimi min. jak TMC. Od lat jego przedmiotem zainteresowania jest leczeni alergii. Wynika to nie tylko z powodu zainteresowań zawodowych ale także z faktu, że sam jest alergikiem. Na początku wyjaśnia czym są alergie, jaka jest różnica między nietolerancją i alergią. Także jakie są terapie leczenia alergii - konwencjonalne i niekonwencjonalne. Według niego do alergii przyczynia się nie tylko genomika czyli to co dziedziczymy i mamy zapisane w genach ale także np. wzrastające zanieczyszczenie środowiska w którym żyjemy itd. Pisze o wzrastającej ilości anafilaksji (nawet u dzieci), a także rosnącej ilości astmatyków. To co proponuje dotyczy ogólnie ujmując wzmocnieniu organizmu. Nie dotyczy alergii np. na leki ale raczej możliwości pomocy pacjentowi przy alergiach wziewnych lub pokarmowych. Według niego bardzo pomocne przy alergiach stają się witaminy : C, D, NNKT w odpowiednich proporcjach (omega 6 : omega 3), a także magnez - w odpowiednich dawkach. Dodatkową rzeczą wpływającą na poprawę ogólnego stanu będzie obserwacja siebie odnośnie diety i składników, które mogą uczulać, a także np. obserwacja względem potencjalnych wziewnych alergenów. Pomocne w ich określeniu będą listy alergii krzyżowych (pyłki drzew, które reagują razem z określonymi produktami). Jest także rozdział poświęcony metodom odczulania, tradycyjnym i nie tradycyjnym. Osobiście pierwszy raz zetknęłam się np. z metodą EDP (odczulanie enzymatyczne) czyli o podaniu jednoczesnym alergenu i enzymów. Downing pisze o tym, które metody według niego są skuteczne, a które nie (nie neguje klasycznych szczepionek i odczulań ale poleca EDP). 

Książka jest w zasadzie połączeniem wiedzy medycyny tradycyjnej z niekonwencjonalną. Z całą pewnością w dużym stopniu jest oparta na medycynie i wiedzy konwencjonalnej. Tylko to  co proponuje autor może być traktowane już jako mniej tradycyjne. W pewnym sensie zalecenia dotyczące witamin w pomocy alergii mogą być słuszne i/lub skuteczne. Alergia to reakcja obronna organizmu jeśli więc całościowo jest w lepszej kondycji to jej efekty mogą być również mniejsze. Sami musicie ocenić czy np. branie witaminy D w dużych dawkach będzie wam ewentualnie służyło (jest to prohormon ostatecznie choć dla wielu osób kuracje nią są pomocne też przy różnych schorzeniach). Witamina C jest polecana przez wielu praktyków medycyny niekonwencjonalnej jako środek wspomagający odporność, a także jako leczniczy przy stanach zapalnych. Magnez i NNKT również mogą tylko wspomóc lepsze funkcjonowanie. Być może warto zatem wypróbować tą metodę także i przy alergiach. 

 

Damien Downing, Andrew Saul "Witaminy w leczeniu alergii" wyd. Oficyna Wydawnicza ABA 2016 

(autorów jest dwóch ale z treści książki wynika, że głównym jest Damien Downing)

link do księgarni

20170802_0927121

07:05, aga.the.script , literatura
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 lipca 2017
kolanówki kompresyjne

Niedawno pierwszy raz zdecydowałam się na zakup kolanówek kompresyjnych do biegania. Głównym celem było wsparcie krążenia w nogach, w czasie biegania, z powodów zdrowotnych. W kilku miejscach w internecie trafiłam na bardzo dobre opinie marki Compressport. Ponieważ w tym momencie nie byłam w stanie wydać ok. 180-200 zł na parę, starałam się znaleźć coś o ucisku ale w mniejszej cenie. Najtańsze odpuściłam ponieważ stwierdziłam, że to bez sensu. Często używam też na co dzień rajstop uciskowych i stąd wiem jakie są różnice przynajmniej w tym zakresie, a produkty w sumie są w podobnej kategorii. Ostatecznie zdecydowałam się na kolanówki Medilast. Hiszpańskiej firmy, która produkuje odzież i bieliznę ( w sensie skarpetki, kolanówki, opaski) uciskowe. Kolanówki bardzo ładnie zapakowane. W porównaniu do medycznych produktów o 2 stopniu ucisku (w skali 5 stopniowej). Wydają się być małe i wąskie ale bez problemu da się je założyć. Jeśli chodzi o rozmiar : trzeba zmierzyć obwód kostki i łydki u góry. Mój wypadł na granicy rozmiarów M i L. Zgodnie jednak z poradą z blogu  pawelbiega.pl  (wprawdzie o Compressporcie) wybrałam mniejszy rozmiar i uważam, że to była dobra decyzja. Bieganie w nich latem :-) bywa czasem uciążliwe (upał) ale w ogólnym rozrachunku mam wrażenie, że faktycznie spełniają swoją rolę. Takie produkty kompresyjne mają wspomagać krążenie krwi, poprawiać cyrkulację. Co za tym idzie zapewniać większą ilość tlenu i wpływać na regenerację mięśni w czasie wysiłku i po nim. Od kiedy je używam rzeczywiście mam wrażenie, że po częstych podbiegach oraz biegach na długość 8-10 km faktycznie mniej "czuję" stopy i łydki. Zetknęłam się gdzieś w necie z opinią, że używanie tych produktów ma sens ale w przypadku wyłącznie długich biegów. Moim zdaniem przy krótszych też ma sens - ostatecznie jest to jednak drugi stopień kompresji więc wydaje się, że działać będzie i przy jednym czy pięciu kilometrach. 

Medilast to średnia półka cenowa. Moje kosztowały ok. 70 zł. Mam nadzieję, że wybiegam w nich niejedną metę ;-) . 

20170729_172727

20170729_172617

krótka recenzja video na fan page bloga na FB

17:46, aga.the.script , bieganie
Link Dodaj komentarz »
moja przygoda z dietą SCD

Moja przygoda z dietą SCD (Specific Carbohydrate Diet) zaczęła się mniej więcej 4 lat temu. Wcześniej przez dobrych kilkanaście lat byłam na diecie wegetariańsko-wegańskiej (nie jadłam mięsa, produktów mlecznych, ryb i jajek). Do jedzenia ryb wróciłam jakieś 6 lat temu. Potem miałam taki moment w swoim życiu kiedy przez ponad miesiąc miałam różne dolegliwości jelitowe. Nie zdecydowałam się na kolonoskopię ponieważ trapiły mnie biegunki i częste spadki potasu po których bardzo źle się czułam. Po kilku tygodniach  trafiłam na internistkę, która zapisała mi Debridat. Wtedy ten lek pomógł mi faktycznie na zmniejszenie nadmiernej pracy jelit. Wspomogłam się także Debutirem (kwas masłowy - polecam wszystkim przy podobnych problemach jelitowych, najlepiej stosować minimum miesiąc) oraz witaminą D. Przeszukując internet natomiast trafiłam na forum J-elita. Tam znalazłam informację o diecie SCD. Postanowiłam ją wypróbować. W dużym skrócie mówiąc w pierwszym rzędzie w tej diecie chodzi o to by doprowadzić w jelitach do 'znormalizowania' flory jelitowej czyli zmniejszyć jej nadmierny przerost. Może to prowadzić do nie tylko min. biegunek ale także stanów zapalnych różnego rodzaju. Pierwsze 5 dni to rosół, który się gotuje kilka godzin (ja byłam 4) plus kilka dodatków.  Pozostałe produkty wprowadza się stopniowo. Dieta wyklucza wszystkie zboża, ziemniaki, sztuczne cukry, większość nabiału (poza jogurtem robionym w domu), niektóre słodkie owoce i inne składniki, których listę znajdziecie w internecie. W tamtym czasie, poza wspomnianym Debridatem, to właśnie dieta pozwoliła mi wrócić do normalności. Mięso zaczęłam jeść kilka miesięcy wcześniej. Niemniej jednak powrót do jego regularnego jedzenia był dla mnie trudny bo wegetarianizm był dla mnie wyborem moralnym. Niestety muszę stwierdzić z żalem, że należę do osób, które lepiej funkcjonują na diecie z mięsem lub rybami. Zarówno fizycznie jak i psychicznie.  Przeprowadzić dietę SCD w wersji wegańskiej jest zasadniczo niemożliwe. W wersji wegetariańskiej - może ale moim zdaniem niekoniecznie  (a przynajmniej trzeba by mięso zastąpić rybami).. Flora jelitowa jest absolutnie najważniejsza. Jelita sa nazywane naszym drugim mózgiem (min. ze względu na unerwienie i synapsy) i uważam, że tak jest. Wystarczy poświęcić sobie chwilę i skupić się na tym jak czujemy się np. po zjedzeniu pizzy, a jak po zjedzeniu pieczonego mięsa i warzyw. Zawartość cukrów w naszych jelitach także więc wpływa na nas bezpośrednio. Dla mnie odstawienie kasz i zbóż nie było w sumie dramatyczne. Może z tego względu, ze wtedy jak i wcześniej nie jadłam ich i tak wiele (poza ryżem i kaszą jaglaną). Istotne dla mnie było na pewno powrócenie do jedzenia mięsa i konsekwencje wynikające z tego faktu (zbawcze działanie na jelita rosołu z drobiu i z dużą ilością warzyw).  Obecnie nie trzymam się całkowicie diety w 100% ale pozostaję jej wierna. Jem dużo warzyw, raczej gotowanych ale i surowych. Z mięs najczęściej preferuję drób oraz tłuste ryby. Owoców jem raczej niewielkie ilości i są to głównie owoce jagodowe, grapefruity, banany bio. Uwielbiam soki owocowe z dzikiej róży :-) i domowe warzywne lub warzywno-owocowe. Nie byłam w stanie całkowicie zrezygnować ze zbóż i to co jem najczęściej to mąka lub płatki  owsiane bezglutenowa, czasem mąka gryczana, wafle ryżowe (mało) ale tez raczej w niewielkich ilościach czyli porcja makaronu lub np. domowej roboty przekąski z mąki owsianej (oczywiście bez cukru), które zabieram ze sobą do pracy. Co dzień piję tzw. mleko orzechowe, jem też tahini, jajka bio. Nie jem w ogóle nabiału (i kukurydzy) ze względu na alergię i pomidorów ponieważ zauważyłam, że bez nich w diecie mam o wiele mniej problemów w czasie pylenia.  Unikam nadal niektórych produktów (drobnych ziaren, pestek, dużych ilości surowych warzyw itd.)  i składników ale ogólnym ideom zostaję wierna. Oczywiście zdarzaja mi się zjeść normalne zwykłe ciastko, bułkę czy wypić butelkę wytrawnego wina  ale generalnie uważam, że to co jemy ma wpływ na to jak się czujemy. Będąc na diecie wege może teoretycznie nie czułam się w sumie o wiele gorzej. Miałam też zawsze dobre wyniki krwi. Jednak dieta SCD dała mi porównanie i stąd na ten moment uważam, że dla mnie był to najtrafniejszy wybór. Poprawił się mój poziom energii ogólnej oraz ogólny nastrój :-). Jak widać z bloga uwielbiam eksperymentować w kuchni. Kocham też zapach pieczonego chleba. Dlatego też mimo bycia na diecie SCD spełniam swoje marzenia ;-) piekąc dla gości, znajomych lub w prezencie. Wtedy używam mąki pszennej lub graham. Kiedy piekę dla siebie zwykle jest to mąka gryczana, nieraz ryżowa lub jaglana. Wypróbowałam też min. mąkę konopną, mąkę z amarantusa, sorgo,teffu .. i stąd wiem czemu mogę zostać wierna (bezglutenowy owies :-) ponieważ pozostałe jak dla mnie mają za duźo cukrów.  Wszystkich zainteresowanych odsyłam do poprzedniego wpisu w tej kategorii gdzie min. podaję przykłady stron z opisami praktykantów diety SCD. Temat flory jelitowej będzie jeszcze u mnie powracał także min. ze względu na książki o których mam zamiar wam jeszcze opowiedzieć :-).  A na końcu dodam, że jelita to także nieraz psychosomatyka ale to już zupełnie inny temat. 

link do bloga o SCD po polsku

 o diecie SCD po angielsku

SCD lista co jeść po angielsku

 

 

09:44, aga.the.script , diety
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 lipca 2017
Coralie Ferreira "Moje życie bez glutenu" - recenzja

Bardzo ładnie wydana książka o kuchni bezglutenowej. Autorka jest min. stylistką żywności i widać to bardzo ładnej estetyce zdjęć. Książka zawiera zarówno informacje na temat tego czym jest gluten, w jakich zbożach występuje, czym można zastępować mąki glutenowe itd. Ponad to zawiera rozdział poświęcony w pewnym sensie podstawowym wypiekom czy bazom dań. Takim jak np. makaron, ciasto drożdżowe bezglutenowe, chleb itd. Pozostałe rozdziały są poświęcone raczej klasycznym przepisom na dania obiadowe, a także oczywiście desery. Znajdziecie więc tutaj receptury min. na bezy, ptysie, roladę, biszkopt, magdalenki. Także oczywiście na pieczywo, które możemy serwować z obiadem lub zupami itd. Moim zdaniem książka jest naprawdę ładnie wydana. Ma twardą obwolutę i bardzo fajne zdjęcia. Może się stać zatem nie tylko kolejną ciekawą książką na półce ale także być świetnym prezentem dla kogoś kto zaczyna swoją przygodę z kuchnią bezglutenową lub już na niej jest i po prostu szuka nowych możliwości. 

Coralie Ferreira "Moja kuchnia bez glutenu" wydawnictwo Buchmann  (Grupa Wydawnicza Foksal) 2016 

 link do księgarni

krótka recenzja video na fan page'u bloga na FB - zapraszam!

moja.kuch.bgl.zdj

11:53, aga.the.script
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 lipca 2017
Jeff Galloway "Maraton. Trening metodą Gallowaya" - recenzja

Książka trafiła w moje ręce min. dzięki koledze, który biega od ponad 10 lat (w tym również maratony). W czasie z jednej rozmów powiedział właśnie o metodzie Gallowaya. 

Polskie wydanie ukazało się na rynku kilka lat temu. Uważam jednak, że zawarte w nim wskazówki są nadal aktualne i warte kolejnego wspomnienia. Podstawową metodą, którą promuje Galloway to w skrócie mówiąc marszobieg, a dokładnie mówiąc sekwencje biegu przeplatane marszem. W swojej książce podaje sposób w jaki należy wyliczyć odpowiednie dla siebie odległości czasowe. Zależy to od naszych osiągów na określonej długości oraz od tego jaki czas planujemy osiągnąć na mecie, w tym przypadku w maratonie. Również w zalezności od tego jakie mamy dotychczasowe doświadczenie w bieganiu, sekwencje moga być dłuższe i krótsze czyli np. 2 minuty biegu - 1 min. marszu lub 4 minuty biegu i 1 minuta marszu. Według Gallowaya są to najlepsze proporcje; lepsze niż np. 25 minut biegu i 5 minut marszu. W tych krótszych sekwencjach mięśnie mają kiedy (i częściej) się zregenerować, a organizm chwilę odpocząć. Dzięki temu nasze ciało odczuwa zmęczenie w czasie biegu np. 20 km jak po 10 km. Ta koncepcja ma zatem sprzyjać nie tylko ukończeniu maratonu w pożądanym przez nas czasie ale także dobrej kondycji w momencie dobiegnięcia do mety. Cała książka jest podzielona na rozdziały. Znajdziemy tu min. plany treningowe, wiadomości na temat tego jak poprawiać i zwiększać swoją wytrzymałość (bo to też jeden z czynników sukcesu), jak się odżywiać, nawadniać, jak dobrać buty do biegania, w czym biegać itd. Jeden z rozdziałów jest także poświęcony motywacji bo to po kondycji fizycznej drugi z elementów prowadzących nas do celu. Kiedy pierwszy raz czytałam tą książkę to właśnie zrobiło na mnie największe wrażenie. Energia bijąca ze słów i kilka sposobów na podnoszenia morale w czasie biegu oraz treningów. Jak wiadomo niestety czasem łatwo jest popaść w marazm lub poddać się w połowie drogi. Bo czujemy, że siła nam odpływa i w zasadzie to już nie możemy. Każdy oczywiście ma swoje małe K 2 ;-) i można je tylko poznać dzięki sobie i własnym treningom oraz zaangażowaniu. Niemniej jednak może czasem jakaś wskazówka być naprawdę pomocna gdy czujemy, że z jakimś tematem stoimy w miejscu. 

Przyznam szczerze, że jakkolwiek bardzo podobała mi się wspomniana energia bijąca z książki to jednak dotychczas chyba zabrakło mi cierpliwości by wprowadzić marszobieg w swoje bieganie. Galloway pisze o tym, że dla niektórych taki rytm wymaga pewnego czasu by się przyzwyczaić. Może zatem w jakiejś niedalekiej przyszłości podejmę kolejną próbę. Wypróbowałam za to inne porady z książki odnośnie np. skrócenia kroku. Było to dosyć zabawne bo z jednej strony faktycznie poczułam, że mogę przebiec spokojniej o wiele dłuższy dystans niż normalnie ale za to musiała się zmienić moja cała koordynacja ruchowa i np. po takim biegu bolały mnie bardzo mocno kolana (co normalnie mi się nie zdarza). Warto była jednak przetestować  coś nowego. Chocaż biegam od kilku lat, nie uważam się za wielką znawczynię teorii tematu. Owszem wzięłam udział w kilku biegach i kilka następnych planuję. Nie traktuję tego jednak w kategoriach bardzo poważnych, w sensie pomiarów i ocen szczegółowych tętna, zgięcia nogi pod kątem takim a nie innym itd. Niemniej jednak lektura książki Gallowaya była dla mnie bardzo ciekawa. I na pewno też przyczyniła się do lepszej obserwacji własnej sylwetki, wspomnianego kroku itd. Po części ta książka jest też trochę poradnikiem jak biegać i trenować, tak po prostu. Tak więc pod tym względem nie rozczaruje nikogo kto szuka też fajnie napisanej książki o bieganiu. Z całą pewnością jest warta przeczytania przez fanów metody Gallowaya lub też np. poszukujących sposobu na własne bieganie. Osobiście będę do niej z całą pewnością jeszcze wracać. 

Jeff Galloway "Maraton.Trening metodą Gallowaya" wydawnictwo Helion 2012 

kilka słów o książce jest też na fan page'u bolga  : krótka video recenzja

maraton.gall.zdj

22:01, aga.the.script , bieganie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 lipca 2017
ciasteczka z masą migdałową

Jeśli przygotowujecie w domu mleko migdałowe to być może często macie problem co zrobić z pozostałościami po odciśnięciu mleka. Osobiście nieraz używam tej masy do peelingu, nieraz suszę w piekarniku i używam jako dodatku do ciastek. Czasem też zużywam mokrą masę jako składnik ciast. 

Dziś miałam także w  domu bardzo dojrzałego banana. Dzięki temu powstały takie babeczko-ciastka: 

1 dojrzały banan

2 duże łyżki kopiaste odciśniętej pulpy/mokrej masy z migdałów

2 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia 

1 paczka owsianki bezgl instant Provena z malinami 

opcjonalnie kilka łyżek mąki gryczanej lub płatków owsianych  Provena 

(można też dodać jajko do masy wtedy będzie bardziej zbita) 

Banan rozgnieść i wymieszać z migdałami. Dodać proszek do pieczenia i owsiankę. Wymieszać dokładnie. Jeśli masa jest zbyt rzadka dodać 2-3 łyżki mąki gryczane (wszystko zależy od dojrzałości banana i ilości masy). Powinna wyjść gęsta masa. Kłaść po łyżce do silikonowych foremek na babeczki. Piec ok. 30 minut w 170 stopniach. Babeczki są dosyć słodkie ze względu na banana oraz owsiankę, która jest słodzona. mają łagodny bananowy smak. Zależnie od tego jak dojrzały będzie banan lub masa mokra -  ciastka będą mniej lub bardziej puszyste.  W czasie upałów radzę przechowywać w lodówce. 

20170723_153230

A wy, jakie macie sposoby na resztki po mleku migdałowym? 

 

12:27, aga.the.script , bezglutenowe
Link Dodaj komentarz »