run, read ..and bake!
niedziela, 12 listopada 2017
domowy sok z żurawiny

ok. 500g surowej polskiej żurawiny 

500 - 700 ml wody

Żurawinę umyć dokładnie. Ja również ja sparzam wrzątkiem. Zalać wodą (ok. 500ml lub więcej) i zmiksować blenderem. Przecedzić przez sitko, ewentualnie dosłodzić i gotowe. Żurawina, którą użyłam to ta drobna. Jej smak i zapach jest dosyć szczególny: kwaśny ale też z domieszką cierpkości i goryczy (kupne jej nie mają - może znika to w czasie obróbki?). Widziałam w sklepie także taką dużą żurawinę ale ponoć według sprzedawcy tylko ta drobna jest polska, a duża jest kanadyjska. W każdym razie kupiłam kiedyś i tą dużą: ma więcej pestek i sok też będzie nieco innej konsystencji. Taki domowy można przechowywać zamknięty w słoiku kilka dni w lodówce. Można też słoiki zapasteryzować lub sok zagotować i dodać do niego odmierzoną żelatynę i przygotować domową galaretkę. 

Ponoć przy zapaleniach pęcherza warto jest brać tabletki z żurawiny na noc. Możemy więc je zastąpić szklanką soku :-). 

Żurawina to nie tylko źródło antyoksydantów ale także uszczelnia naczynia krwionośne i działo przeciwbakteryjnie. Robiłam dziś z niej konfiturę i zapach był już dla mnie całkiem świąteczny ;-)..

20171112_203727

19:37, aga.the.script
Link Dodaj komentarz »
subiektywnie - rękawiczki do biegania

W tym roku zdecydowałam się kupić H&M. Nie jest to wybitnie sportowa marka ale uważam, że w tym przedziale cenowym - całkiem ok. Rękawiczki kosztują ok. 60 zł. W producenta są częściowo wiatroodporne i można używać ich do smartfona. Wierzchnia część jest wykonana z materiału grubszego, sztywniejszego przypominającego materiał na zimowe kurtki sportowe. Wnętrze i ściągacz są uszyte z materiału z kolei podobnego tego z którego robi się koszulki funkcyjne. Czubki palca wskazującego i kciuka (w całej parze) są podwójnie przeszyte i posiadają materiał umożliwiający korzystanie z telefonu (bez ściągania). Z jednej strony materiał jest dosyć sztywny ale jednocześnie jak myślę to ma właśnie zapewnić wiatroodporność. Wnętrze pozwala na odprowadzanie potu i dopływ powietrza. 

Dotychczas używałam zwykłych rękawiczek bawełnianych ale rzeczywiście przy dłuższych biegach robiły się mokre i było to jakimś dyskomfortem. W tych dzięki różnym materiałom jest w ręce ciepło ale też dłonie się nie pocą. Nie testowałam jeszcze ich w czasie ulew ani śniegów ale w dotychczasowej pogodzie jesiennej dały radę jak najbardziej. Na pewno trzeba się przyzwyczaić do pewnej sztywności materiału jeśli chcemy korzystać często z telefonu ale ogólnie nie wydaje się to być dużym problemem. Dla mnie plusem jeszcze była rozmiarówka bo mierzyłam rękawiczki innych firm i miałam z tym problem. Zastanawiałam się nad Asicsem (całkowicie z materiału a la funkcyjny i miękkie) ale były wyłącznie w zestawie z czapką i nie chciałam już dublować tego co mam. 

20171112_131820

19:02, aga.the.script , bieganie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 listopada 2017
Tristan Gooley "Przewodnik wędrowca" - recenzja

Wspaniała książka, którą powinien posiadać każdy zwolennik nawigacji naturalnej albo po prostu wędrowiec czy nawet namiętny spacerowicz, szczególnie po naturalnych terenach. 

Autor książki jest doświadczonym nawigatorem i podróżnikiem. Ścieżka jego wędrówek wiodła zarówna przez lądy, góry jak i morza. Co jest jednak dla mnie niemniej wyjątkowe w "Przewodniku wędrowca" to fakt przekazywania informacji w sposób bardzo jasny, a jednocześnie odnoszący się często do bardzo znanych nam okoliczności przyrody. Nie chodzi tu oczywiście wyłącznie o Wielką Brytanię (autor jest Brytyjczykiem)  ale o drzewa i rośliny, które znajdziemy nawet w przydomowym ogródku. Dzięki obserwacji tego jakie gatunki rosną w określonych miejscach na danym terenie lub np. z której strony drzewa znajdziemy więcej zielonych liści. Jesteśmy  w stanie zgadnąć gdzie na przykład znajduje się źródło wody lub z której strony najczęściej wieje wiatr. Informacji zawartych w książce Tristana Gooleya jest tak wiele, że nie sposób nawet ich streścić w kilku zdaniach. Wiedza, którą nam przekazuje nie dotyczy oczywiście wyłącznie flory. Często zwraca także naszą uwagę na wydawałoby się oczywiste fakty. Jak chociażby taki, że z najwyższego wzniesienia w okolicy będziemy w stanie zobaczyć większy fragment okolicy. To czego uczy jednak ponad wszystko:  obserwacja. Wytrawny wędrowiec, podobnie jak naturalny nawigator powinien cały czas uważnie obserwować i dokładnie oglądać świat, który go to otacza. Dzięki temu nawet zwykły spacer do pobliskiego parku powinien dostarczyć nam nieznanych dotąd atrakcji ponieważ będziemy mogli zaangażować się w inne rozpoznanie terenu niż dotychczas.

Poza olbrzymią wiedzą i faktem, że jest to pewien rodzaj poradnika, "Przewodnik wędrowca" jest świetnie napisany. Dla mnie była to bardzo wciągająca lektura choć aby skorzystać ze wszystkich wskazówek musiałabym (lub będę ) wracać do tej książki wielokrotnie. Poza wszystkim innym Gooley opisuje świat naturalny w tak piękny sposób, że osobiście od razu mam ochotę wyruszyć na pieszą wycieczkę. Polecam zatem serdecznie wszystkim fanom chodzenia, rajdów, nordic walkingu i biegania w naturalnych warunkach :-) oraz oczywiście każdemu kto chce dowiedzieć się czegoś więcej o świecie oraz jego obserwacji. 

Tristan Gooley "Przewodnik wędrowca" wydawnictwo OTWARTE 2017 

36,90 zł 

link do wydawnictwa

Dziękuję serdecznie wydawnictwu za otrzymanie książki do recenzji! 

 20171107_094132

08:01, aga.the.script , literatura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 listopada 2017

Dwie nowe rzeczy zauważone w sklepie: 

 - "mleko" owsiane z dodatkiem białka grochowego. Ma więcej protein na 100g (i więcej kalorii). W smaku owsiane z lekko wyczuwalną nutą białka grochowego. 

- "mąka" z pestek winogron czyli mielone pestki winogron. Wg producenta można stosować jako dodatek do innych mąk. Wg netu do spożýwania na surowo o dużej zawartości polifenoli. Ostrożnie dawkować przy jednoczesnym zażywaniu leków przeciwzakrzepowych. Ten produkt dopiero wypróbuję. 

20171102_073340

 

13:25, aga.the.script , produkty
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 listopada 2017
competitive eaters

Ostatnio na YT w jakiś sposób natrafiłam na vloga brytyjskiego zawodnika (:-)? jedzącego na czas BeardMeetsFood. Trochę z ciekawości, a trochę z obrzydliwości (tak, to też może być argument do voyeryzmu) plus z chęci posłuchania brytyjskiego akcentu ;-)(poza tym podoba mi się czołówka) obejrzałam kilka filmików (episodes).  BeardMeetsFood jest relatywnie szczupły i jak mówił w jednym filmiku ćwiczy na siłce 5-6 razy w tygodniu po mnw.  godzinę - dwie. Widać to zresztą po muskulaturze. Normalnie nie lubi fast foodu ani nawet specjalnie nie je wiele mięsa. W dni wolne od nadmiernego jedzenia je mniej kalorii niż standardowa dieta żeby wyrównać nadmiar. W przeciwieństwie do zawodów jedzenia na czas (czy na blogu czy organizowanych) gdzie raczej spożywa się właśnie tzw. syf. (Słyszałam o konkursie w USA na jedenie ząbków czosnku :-) ale w żadnym innym nie widziałam np. wpychania w siebie brokułów czy jabłek ). Jedzenie na czas stało się pewnego rodzaju pasją? czy sposobem na siebie? po tym jak kiedyś dla żartu zrobił coś takiego, nagrał i zobaczył, że przysporzyło mu to publiczności. Obecnie ma ponad 152 tysięcy subskrybentów.

Wnioski są następujące: 

- w Anglii jak i w Stanach żywności jest pod dostatkiem :-). W czasie jednej z podróży BeardMeetsFood kupił za 30 dolców jedzenia w fastfoodzie i naprawdę była to imponująca ilość hamburgerów, pączków, frytek, ciastek itd. 

- lubimy oglądać skrajności. Naście tysięcy subskrybentów i np. po dwieście tysięcy wyświetleń filmików to całkiem imponujące. Z całą pewnością dobra równowaga dla wszystkich "what I eat a day - vegan" (oczywiście żartuję ;-) plus momentami zastanawianie się czy pan zwróci za chwilę czy teraz ;-).. 

Z jednej strony jest to dla mnie trochę głupie, może obrzydliwe albo po prostu bez sensu. Jako osoba mająca za sobą różne etapy odchudzania i metody żywienia w tym przypadku nawet idiotyczne jest dla mnie to, że w wielu przypadkach po prostu to co jest jedzone nie ma znaczenia bo chodzi tylko o ilość objętościowo albo liczbę kalorii. Nie cieszyć się z tego co się je (jeśli już jemy wszystko i do oporu) to chyba dla mnie najbardziej bezsensu. Ciekawostką natomiast jest to, że tylko w tańszych lub ewentualnie lepszych (a nie super dobrych) restauracjach oferuje się właśnie np. hamburgery 1 kilogramowe lub zestaw śniadaniowy na 5 talerzach co nawet dla zwykłego obżartucha jest zbyt dużą ilością. Oczywiście to ma być specjalny bonus po którym dostaje się vouchery dożywotnie na daną sieć lub lokal bo zwykły zjadacz raczej takiej ilości nie przeje. 

Z drugiej strony zastanawia mnie czy można przyzwyczaić się (fizycznie jak do używek) do tak dużych pochałanianych porcji? Założywszy, że np. dokonuje się tego dwa razy w tygodniu lub minimum raz. Czy mózg jest w stanie przyzwyczaić się do tego obżarstwa czy nie? Czy można po miesiącu takich regularności tak samo za tym tęsknić jak za słodyczami i słodkim smakiem? Wydaje mi się, że trochę tak chociaż ten pan czyni to z zupełnie innych powodów niż np. osoby zagłuszające jedzeniem smutki itd. No i najbardziej współczuję dnia po. Ja sama czasem zauważam jak źle się czuję po jakimś wyskoku jedzeniowym lub kilku dniach jedzenia czegoś totalnie dla mnie innego i nie mojego. Nie jestem w stanie nawet ogarnąć nawet bólu głowy albo doła, którego mogłabym mieć po takiej fieście 15 tysięcy kcal z McDonaldsa. Z całą pewnością nie byłaby to fiesta, którą chciałabym mieć na pożegnanie ;-). Nie wiem jak często realnie pan dokonuje tych sesji ale i tak zastanawia mnie właśnie na ile organizm jest w stanie funkcjonować normalnie/regularnie na dłuższą metę. Nie mówiąc o tym, że nie wyobrażam sobie również gastrycznych efektów i lub problemów (o czym też nieraz on mówi). 

YT to mennica wszystkiego. Dla mnie każdy taki vlog to też możliwość zobaczenia innego kraju, innego miejsca na ziemi. Z całą pewnością BeardMeetsFood zaprowadził mnie w inne progi ;-). Jak widać wszystko jest wysoce osobnicze. Ja nie mogłaby startować w konkursie competetive eaters.. chyba, że dotyczyłby wyciskanego soku z papryki :-P .. ale imponują mi ultramaratony więc w zasadzie tez przekraczanie granic możliwości. Czyli w zasadzie w obu przypadkach sprawdza się idea, że granica istnieje tylko w naszym umyśle ;-). Miłego wieczoru! 

 

 

wtorek, 31 października 2017
chlebek bananowy z dynią

100-150g surowej startej na grubo dyni

2 dojrzale lub przejrzale banany

2 łyżki tahini 

2 jajka 

2 kubki (ok. 200g) mąki pszennej

2 łyżki proszku do pieczenia bez fosforanów

szczypta cynamonu 

1 łyżeczka esencji waniliowej (prawdziwej :-) 

Banany rozgnieść i wymieszac z dynią. Dosypać mąkę z proszkiem i cynamonem i wymieszać. Dolać tahini, esencję, wbić jajka. Wszystko wymieszać. Jeśli trzeba dolać 2-3 łyżki wody. Ciasto ma być gęste. Piec w nagrzanym piekarniku  ok. 40-50 minut w 180 stopniach C. 

W smaku bardzo lekko słodkie, dominuje banan. Wanilia daje fajnego posmaku. 

20171031_180230

bez cukru

18:00, aga.the.script , bez cukru
Link Dodaj komentarz »